wtorek, 17 marca 2009

Californication

Pomimo początkowej niechęci do tego serialu skłamałbym mówiąc że nie jest świetny (subiektywizm- wiadomo). Ze wytłumaczę.
Pokazana historia jest podobna to autentycznych wydarzeń z życia D. Duchownego.
smutno na to patrzeć, zwłaszcza że zawsze czułem do niego wielką sympatię.
Jednak po WIELU namowach ze strony Marcina obejrzałem jeden odcinek, drugi, trzeci...
Uznałem że jest to kino godne uwagi. Porusza wiele problemów związanych z życiem. Tych poważniejszych i tych dnia codziennego.
Osobiście odbieram to jako lekcję o tym co można stracić wcale tego nie zauważając. Bez fajerwerków i wielkich scen. Jak z rakiem płuc: powoli, systematycznie i w ciszy.
Jest to przestroga by uważniej patrzeć na to co się dzieje wokół nas.
Jakie są nasze relacje z innymi ludźmi?
Co jest naszym priorytetem?

Na koniec oficjalny opis:
"Opowieść o pisarzu przeżywającym kryzys twórczy. Hank jest autorem bardzo poczytnej książki "Bóg nienawidzi nas wszystkich", jednak przy tworzeniu kolejnego dzieła bohater nie może "sklecić" ani jednego sensownego zdania. Wpływ na to z pewnością ma fakt, że kobieta z którą ma nastoletnią córkę właśnie przyjęła oświadczyny i niedługo ma zamiar wyjść za mąż. Aby się "odblokować" Hank zaczyna przeżywać romanse trwające najczęściej jedną noc."

niedziela, 15 marca 2009

Modlitwa


Modlitwa

Królowo niebios, Cesarzowo ziemi
Pani monarsza czeluści piekielnych
Przyjm mnie, pokornym między pokornemi
Niech pośród sług twych siądę nieśmiertelnych
Mimo iż bardzo niegodny twej łaski
Dobroć twa, pani nadziemskiej pociechy
Więtsza o wiele niźli moje grzechy
Bez niej, daremnie duszy się wydzierać
Tam, kędy świecą wiekuiste blaski
W tej wierze pragnę żyć jak i umierać

Twemu Synowi powiedz, że w nim żyję
Iżby me grzechy wymazał do tyla
Jako Egipską rozgrzeszył Maryję
Lub jak wybawił mędrca Teofila
Który przez ciebie spełnił święte dzieła
Mimo iż diabłu zaprzedał swą wolę
Strzeż mnie, bym w taką nie popadł dolę
Dziewico, któraś, nie racząc otwierać
Żywota, owoc bez zmazy poczęła
W tej wierze pragnę żyć jak i umierać

Prostaczk jestem stary i ubogi
Nic nie znam - liter czytać nie znam zgoła
Oprócz parafii mej niskiego proga
Gdzie raj oglądam, harfy dookoła
I piekło, w którym potępieńców prażą
Jedno mnie trwoży, drugie zaś raduje
O daj, Bogini, niech twą radość czuję!
Ku tobie duszy daj grzesznej pozierać
Z ufnością w sercu i rzetelną twarzą
W tej wierze pragnę żyć jak i umierać

W twoim żywocie, o można Bogini
Jezus, rzuciwszy precz niebiańskie kraje
Opuszcza niebo i spieszy nas wspierać
Na śmierć swą krasę młodzieńczą oddaje
On naszym Panem i jego wyznaję
W tej wierze pragnę żyć jak i umierać

Antoni de Rivarol- aforyzmy


Prawa są dobrami, które zasadzają się na władzy; gdy władza upada, upadają także prawa.


Lud potrzebuje prawd naocznych, nie pojęciowych.


Uderzenia łap królewskich podobne są błyskom jednostkowej mocy, natomiast powstania ludowe trzęsieniom ziemi, których fale rozprzestrzeniają się w nieobliczalną dal.


Dyscyplina winna ciążyć jak tarcza, nie jak jarzmo.


Cywilizowane ludy nie są dalsze barbarzyństwu niż lśniąca stal rdzy. Ludy i metale są gładkie tylko na powierzchni.


Filozofia jako późno dojrzały owoc ducha i jesieni życia nie może być karmą ludu, który wciąż pozostaje w stanie dziecięctwa.


Gdzie armia zależy od ludu, tam rząd uzależni się w końcu od armii.


Może się zdarzać, iż spiski są niekiedy dziełem inteligentnych głów; wykonawcami ich są zawsze bestie.


Harmonia w państwie zależy od stopniowania rywalizacji i zapału współzawodnictwa; od rzemieślnika po kapitalistę i od prostego żołnierza po marszałka polnego. Na dubeltowej drabinie rang i majątku każdy naśladuje tego, kto stoi przed nim, i od którego dzieli go tylko jeden stopień godności albo bogactwa. Taka ambicja jest rozumna - filozofowie jednak połączyli skrajności, przeciwstawiając żołnierzowi marszałka, a robotnikowi bogacza; ten regres doprowadził wszystkich do upadku.


Doskonałe bezpieczeństwo i nietykalność własności oraz osoby: oto prawdziwa wolność społeczna.


Gdy książę jest pobożny, wówczas spowiednik musi być mężem stanu.


Należy ostro odróżniać arytmetyczną i polityczną większość w państwie.


Natura zmusza nas, byśmy albo zabili kurczaka, albo umarli z głodu; na tym zasadza się nasze prawo. Pochodzenie instytucji politycznych jest następujące: na potrzebach zasadzają się prawa a na prawach uprawnienia. We Francji natomiast dano ludowi uprawnienia, do których nie miał praw i prawa, których nie potrzebował.


W miarę jak wśród ludu zanikają przesądy, rząd musi zwiększyć czujność oraz surowiej dbać o dyscyplinę i autorytet.


U podwładnego grzeczność jest oznaką przynależności stanowej, podczas gdy u dobrze urodzonego znakiem wychowania. Dlatego zachował on mimo rewolucji dobre maniery, gdyż one są oznaką szlifu. Ktoś z ludu staje się natomiast grubiański, by udowodnić, że zmienił przynależność stanową. Przeklina, obraża, bo dawniej słuchał merdając ogonem: tak oto rozumie wolność.


Władca absolutny może być Neronem, lecz bywa niekiedy Tytusem lub Markiem Aureliuszem. Lud często jest Neronem, nigdy zaś Markiem Aureliuszem.


W spokojnych czasach dobre imię określa hierarchia. Podczas rewolucyj zależy od plebsu; one są epokami urojonych wielkości.


Wielki naród w stanie namiętnego rozdrażnienia zdolny jest jedynie do wielkich masakr.


Są epoki, w których rząd traci zaufanie narodu; rzadko jednak nastaje czas, gdy może mu w pełni zaufać.


Byłoby durną, okrutną dobrocią naradzać się z dziećmi co do ich przyszłości. Musimy za nie decydować, by zaoszczędzi im rozterek, które, zamiast pomnażać ich siły, pozbawiają okazywanego nam dotąd zaufania. To samo tyczy się rządzonych i rządzących.


Istnieje w narodzie, istniała także zawsze w zgromadzeniu narodowym większość składająca się z zawistników i mniejszość ambicjonalistów - jako że pierwsze rzędy niedostępne są dla wielkich mas, a pretensja do nich tylko u niektórych może być uzasadniona. Ambicja pragnie osiągnąć cel, który zawiść pragnie zniweczyć, co kończy się triumfem woli zniszczenia reprezentowanej przez większość.


Właściwym mówcą w zgromadzeniu ludowym jest namiętność.


Istnieje osobliwa zbieżność między rewolucją francuską i angielską: długi parlament i śmierć Karola I; Konwent i śmierć Ludwika XVI, następnie Cromwell i Bonaparte. Czy w przypadku restauracji zobaczymy innego Karola II jak umiera w swym łóżku oraz innego Jakuba II jak ucieka ze swego królestwa, i następujące po nich obce dynastie. W tego rodzaju prognozach nie skrywa się nic dziwacznego, należy jednak zalecić władcom, by się nimi zajęli. Karol I i Ludwik XVI zaniedbali tego całkowicie; mimo swych cnót skończyli na szafocie. Cnoty władcy nie mogą być tożsame z cnotami człowieka prywatnego: król, ograniczający się do bycia człowiekiem szlachetnym, napawa współczuciem.


Gdyby Ludwik XVI 10 sierpnia zginął z bronią w ręku, wówczas jego krew obficiej użyźniłaby lilie. Śmierć na szafocie wśród milczenia tłumów na zawsze pozostanie piętnem - dla narodu, dla tronu, a nawet dla wyobraźni.


Znużeni ładem Francuzi zaczęli się masakrować; znużeni masakrą poddali się w jarzmo Napoleona, który kazał ich wyrzynać na polach bitewnych.


Gdy pytano mnie o możliwy koniec rewolucji, odpowiedź brzmiała: Albo król będzie miał armię, albo armia wyłoni króla. Dodałem ponadto: jeszcze dożyjemy, że wyda ona jakiegoś obdarzonego szczęściem żołnierza, gdyż miecz zawsze kończył rewolucje: Sulla, Cezar, Cromwell są tego przykładami.


Każdy filozof, który rozmyśla nad problemami ustroju i konstytucji, jest brzemienny w jakobina: to jest prawda, o której Europa nie powinna zapomnieć.


Polityka przypomina baśniowego Sfinksa: pożera wszystkich, którzy nie mogą rozwiązać jego zagadek.


Naród bez wiary i ziemi skarleje jak Antaios zawieszony między niebem a ziemią.


Rozum zawiera zarówno prawdy, które trzeba wypowiedzieć, jak i te, które należy przemilczeć.


Złoto jest królem królów.


Wojna jest sądem królów; zwycięstwa to jego wyroki.


Dla plebsu nie istnieje wiek oświecony. Plebs nie jest francuski, angielski czy hiszpański, jest taki sam w każdym czasie i w każdym kraju: wciąż kanibalistycznie łaknący połknąć bliźniego, a gdy mści się na swym rządzie, karze jawnymi aktami hańby przestępstwa nie zawsze dowiedzione.

Jako że książęta są widzialną cząstką władzy, powinno ich prywatne życie - ich gry, ich przyzwyczajenia, ich przyjemności - być ujawnione jedynie wtajemniczonym w ten symboliczny układ. Dla ludu mają stanowić tajemnicę. Dotyczy to w jeszcze większej mierze papieży. Benedykt XIV ceniony przez duchową elitę, lekceważony był przez rzymski lud.


Pewien dworak zapytany przez Ludwika XV o godzinę odpowiedział: jest ta, jaką wasza wysokość sobie zażyczy.


Jako król Ludwik XVI zasłużył na swe nieszczęście, ponieważ nie znał się na swym rzemiośle. Jako człowiek nie zasłużył na nie. To cnoty wyobcowały go z narodu.


Zadaniem każdego rządu jest ochrona społeczności; a społeczność nie ma i nie może mieć od swych początków innego celu jak gwarancja bezpieczeństwa i własności. Ta jasna, ostra i pojemna definicja wykluczałaby wszelką sprzeczność, gdyby nie dodano do niej w niezręczny sposób jako pleonazmu dwuznacznego i spornego słowa wolność.


Mirabeau zwykł na trybunie naśladować postawę statuy lorda Chathama, a w jednej z mów sprzedał dowcip, którego autorem było pewne dziecko. Cóż można powiedzieć o zdolnościach mówcy, który swe gesty zawdzięcza zmarłemu a dowcip dziecku.


Dzisiejsza arystokracja jest tylko upiorem swych przodków.


Podstawowa idea religii żydowskiej zasadza się na przekonaniu, że Bóg Żydów sobie wybrał spośród wszystkich narodów. Przez tę ideę Mojżesz wzniósł spiżowy mur między swoim narodem a wszystkimi innymi. Więcej nawet: wystawił ten nieszczęśliwy naród na klątwę uniwersum. Lecz w cudowny sposób zapewnił mu właśnie dzięki tej powszechnej nienawiści nieśmiertelność. Sympatia lub nawet obojętność narodów byłaby już dawno przyczyną zniknięcia Żydów; stopiliby się, już to przez wymieszanie, już to przez wojny lub rozproszenia. Utrzymała ich nienawiść plemienia ludzkiego; na niej zasadza się ich nieśmiertelność.


Dewotka zawierza kapłanom, wolnomyśliciel filozofom; obydwoje są lekkomyślni.


Większość naszych bezbożników rekrutuje się spośród zrewoltowanych wiernych.


Niektórym z bogactwa pozostaje tylko strach przed jego utratą.


Młodzieńcy są wobec kobiet wstydliwymi bogaczami, starcy natomiast bezwstydnymi żebrakami.


Z poufałości wynikają zarówno największa delikatność uczuć jak i najsilniejsza nienawiść.


Gadatliwa zawiść jest zawsze nieporadna. Groźna jest zawiść, która milczy.


Są cnoty zastrzeżone wyłącznie dla bogactwa.


Gdyby głupcy przeczuwali cierpienia, jakie nam sprawiają, wówczas okazywaliby nam współczucie.


Nic bardziej obrzydliwego jak bogactwo bez cnót.


Na dziesięć osób, które o nas mówią, dziewięć opowiada to, co najgorsze, a ta dziesiąta, która mówi dobrze, wyraża to jak najgorzej.


Jeśli na dworach sposób myślenia i wyrażania myśli jest subtelniejszy niż gdzie indziej, to dlatego, iż istnieje tam przymus skrywania myśli i uczuć.

"Świat Dysku"- cytaty

Dzięki Mona :)




"Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie.
Elfy są cudowne. Sprawiają cuda.
Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje.
Elfy są urocze. Rzucają urok.
Elfy są czarowne. Splatają czary.
Ich uroda powala. Strzałą.
Kłopot ze słowami polega na tym, że ich znaczenie może sie wić jak wąż. A jeżeli ktoś chce znaleźć węże, powinien ich szukać za słowami, które zmieniły swój sens.
Nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe.
Elfy są złe."


"Obok łóżka stał słój ze słodyczami i butelka przezroczystej cieczy ze skomplikowanego destylatora za szopą na drewno. Ściśle biorąc nie była to whisky, i ściśle biorąc nie był to gin, ale za to przezroczysta ciecz miała dokładnie 90 procent zawartości alkoholu i dawała pocieszenie w przykrych chwilach o trzeciej nad ranem, kiedy człowiek budzi się i nie pamięta kim jest. Po szklaneczce przezroczytsaej cieczy wprawdzie dalej nie pamiętał, ale to już nie przeszkadzało, bo i tak był już kimś innym."


Rodzina Morta zajmowała się destylacją wina z zeszłorocznych winogron. Trunki takie są bardzo mocne i poszukiwane przez wróżbitów, ponieważ oczywiście pozwalają im widzieć przyszłość. Jedyny problem w tym, że cierpi się kaca na dzień przed i trzeba wiele wypić, żeby się go pozbyć.


"NIE, NIE MOŻESZ JEDZIĆ NA KOCIE. KTO TO SŁYSZAŁ O ŚMIERCI SZCZURÓW NA KOCIE? ŚMIERĆ SZCZURÓW POWINIEN JEŻDZIĆ NA JAKIMŚ PSIE."


"Słońce wschodziło powoli, jakby nie było pewne, czy w ogóle warto się wysilać"


"Nigdy nie buduj lochu, z którego nie potrafiłbyś się wydostać"


"I przyniósł jakiegoś trupa. -Na pole bitwy? Wiecie, to nie piknik, gdzie każdy przynosi własne zapasy."


"Ankh zawsze budziła w nim (Teppicu) przygnębienie, ponieważ włożona do niej lilia wodna na pewno by się rozpuściła. Ankh zbierała ścieki z rozległych piaszczystych równin, sięgających aż do Ramtopów, a kiedy docierała do ankh - morpork, można ją było nazwać płynną tylko dlatego, że poruszała się szybciej niż grunt wokół niej. Gdyby Chidder do niej zwymiotował, stałaby się pewnie minimalnie czyściejsza"


"Ankh to jedyna rzeka, którą można kroić nożem"


"Ankh to jedyna rzeka, na której można narysować obrysy denata"


"Gdyby uśmiechnął się trochę szerzej to odpadłby mu czubek głowy"


"ten stan umysłu można osiągnąć po 30 latach medytacji lub w czasie 3 minut zażywania zakazanych ziół"


'masz smiech jak nekrofil w kostnicy'


"Rasizm na Dysku nie stanowił większego problemu, ponieważ - przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych - gatunkzm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonałej zgodzie i wspolnie przesladowal zielonych"


"królestwo było tak małe, że jego król nawet przeciągnąć porządnie się nie mógł bez paszportu"


To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą przypuszczać, że "Aargh!" jest wyrażeniem uniwersalnym, jenak w beTrobi oznacza to "Wielce radosne", w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo "Chciałbym zjeść twoją stopę", albo "Twoja żona jest wielkim hipopotamem", albo też "Witam, myśli pan Filetowy Kot". Pewne plemię zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy krzyczą -ich zdaniem- "Szybko! Dolać wrzącego oleju!"


Powiedzmy, że on jest typem człowieka, który, gdyby zapanował totalny i absolutny chaos, stałby na szczycie góry w mokrym, miedzianym pancerzu podczas burzy z pierunami, wrzeszcząc na całe gardło, że wszyscy bogowie to bękarty.


Mógłby posłać po Practi, swoją ulubioną podręczną, żeby mu coś zaśpiewała. Życie zdawało się być piękniejsze, kiedy milkła.


"panując nad własnym przeznaczeniem jak bańka mydlana w huraganie"


"DZIEŃ BREBBA I LEPPISA to jedno z ważniejszych świąt w kalendarzu Gildii Złodziei. Cała Rada Gildii rusza procesją wokół miasta, zatrzymując się przy każdej z bram i pytając głośno 'Brebb czy Leppis?' ". Tradycja ta zawdzięcza swój początek Hugowi Brebbowi i Archibaldowi Leppisowi, dwóm ryzykantom, którzy zdołali ukraść sygnet i chustkę z monogramem samemu lordowi Snapcase'owi, wówczas Patrycjuszowi Ankh-Morpork, w trakcie państwowej procesji Drogą Królewską, 27 sierpnia. Lorda Snapcase'a tak ubawiło to zuchwałe przestępstwo, że kazał na trzy miesiące wywiesić na wszystkich miejskich bramach różne kawałki złodziejskiej dwójki oraz ogłosił konkurs dla dzieci, które miały dopasować do siebie wszystkie części."


"żołnierzyk miał strój w takich kolorach, że tylko w klubie dla kameleonów na ciężkich prochach nie rzucałby się w oczy"


Powszechnie uznawano, że miasto jest bardzo zdrowe. Niewiele zarazków potrafiło tu przetrwać.


Liczne nędzne dzielnice doświadczyły powodzi, jeśli wolno użyć tego słowa wobec cieczy, którą można nosić w siatce.


"Krasnoludy znane są ze swojego poczucia humoru. Ludzie patrzą na nie i mówią: Te małe dranie nie mają za grosz poczucia humoru."


"Rozkazywać kotu? Łatwiej jest przybić galaretkę do ściany."


"-W takim razie proszę, znęcaj się nade mną tylko dlatego, że jestem drzewem. Typowe dla kobiet."


"wrócił do alejki, w której kapral Nobbs skończył zaznaczać kredą obrys ciała. Oprócz tego, Nobby pokolorował obrys, dorysował mu fajkę w ustach i laskę w ręce, a do tego dodał parę drzew i krzaczków w roli tła - przechodnie zaś zdążyli już wrzucić do hełmu kaprala siedem pensów. "


Kiedy zmierzali do obozowiska D'regów, inne postacie ześlizgiwały się z wydm. Jedna z nich nie miała ręki, a z piersi sterczał jej miecz.
- Jak ci poszło, Reg? - spytał Vimes. (oni sa zombi tak dla ulatwienia )
- Trochę dziwnie, sir. Kiedy ten pierwszy odrąbał mi rękę i wbił miecz, miałem wrażenie, że reszta stara się nie wychodzić mi w drogę. Można by pomyśleć, że nigdy jeszcze nie widzieli kogoś przebitego mieczem.
- Znalazłeś rękę?
Reg zamachał czymś w powietrzu.
- To kolejna sprawa - powiedział. - Pary z nich nią uderzyłem, a oni uciekli z wrzaskiem.
- To twój system walki wręcz. Trzeba się do niego przyzwyczaić.
- Czy wziął pan jeńca?
- W pewnym sensie. - Vimes obejrzał się. - Chyba zemdlał. Nie mam pojęcia dlaczego.
Reg pochylił się.
- Ci cudzoziemcy są dziwni - oświadczył konfidencjonalnym szeptem.
- Reg...
- Tak?
- Ucho ci wisi.
- Naprawdę? Co za draństwo. A myślałem, że gwóźdź wytrzyma."


Powszechnie wiadomo, że dziewięć dziesiątych mózgu nie jest wykorzystywane. Jak większość powszechnie znanych faktów, i ten nie jest prawdziwy. Nawet najgłupszy Stwórca nie zadałby sobie trudu, by wkładać do ludzkiej głowy parę funtów zbędnej szarej mazi (...)
Ta część mózgu oczywiście jest wykorzystywana. A jedną z jej funkcji jest sprawiać, by cudowne wydawało się normalne, a niezwykłe zmieniło się w zwyczajne.


Niestety, dzikie i nierozważne idee mają niepokojącą skłonność rozprzestrzeniania się i zyskiwania zwolenników.


Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć. Część mózgu istnieje jedynie po to, by do tego nie dopuścić.
Jest bardzo sprawna. Potrafi skłonić człowieka, by doświadczał nudy w otoczeniu cudów.


"Daj komuś ogień, a będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu ciepło do końca życia."


Całe życie jest jak oglądanie migawki. Tylko zawsze wygląda tak, jakby człowiek przyszedł o dziesięć minut spóźniony i nikt nie chce mu opowiedzieć, o co chodzi, więc musi sam się wszystkiego domyślać.
I nigdy, ale to nigdy nie zdarza się okazja, żeby zostać na drugi pokaz.


Kluczem do zrozumienia wszelkiej religii jest fakt, że dla boga najlepszą zabawą są Węże i Drabiny z nasmarowanymi tłuszczem szczeblami.

Cytaty od Marcina

Dzięki że pamiętasz :)


"...nie można używać tak przesadnych słów jak "niedostępna", bo może na tym świecie nie ma takich kobiet." Kawabata Yasunari " Tysiąc żurawi"


"Usuń ze swojego słownika słowo problem i zastąp słowem wyzwanie. Życie stanie się nagle bardziej podniecające i interesujące" Donna Watson


"Nie należy lekceważyć drobnostek, bo od nich zależy doskonalość." Michał Anioł


"Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący, albo nudni". Oscar Wilde


"Zawsze się znajdzie odpowiednia filozofia do braku odwagi." Albert Camus


"Każda minuta zwłoki (...) przedłuża teraźniejszość". Frank Herbert "Mesjasz Diuny"


"Zla kobieta należy do tego rodzaju istot, których mężczyźni nigdy nie mają dosyć". Oscar Wilde


"Mówcy powinni mieć na uwadze nie tylko to, by wyczerpać temat, ale także by nie wyczerpać słuchaczy". Winston Churchill


"Co jest szczęściem? - Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór". Fryderyk Nietzsche


"Jaki dzień w moim życiu byl najpiękniejszy? To nie byt dzień. To była noc. " Brigitte Bardot


"Nie będzie przyjacielem kobiety, kto może być jej kochankiem". Honore de Balzac


"Kobiety z reguły starają się sprawić, by mężczyzna się zmienił; Przerobiony zaś przestaje im się podobać". Marlena Dietrich


"Nigdy nie krzywdzę kobiet... sprawiam im rozkosz. Największą rozkosz jakiej kiedykolwiek doświadczą". Don Juana de Marco





Oscar Wilde:

Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej.

Tylko jedna rzecz jest gorsza niż gdy o nas mówią, a mianowicie, gdy o nas nie mówią.


Tylko niestali znają przyjemność miłości. Aby poznać jej tragedie, trzeba być stałym.


Brzydkie kobiety są zawsze zazdrosne o mężów, piękne nigdy.


Chcąc odzyskać młodość, trzeba tylko powtórzyć swoje szaleństwa.


Dawniej mieliśmy zwyczaj kanonizowania naszych bohaterów - obecnie ich trywializujemy.


Jedyny sposób postępowania z kobietą? Gdy jest ładna, zalecać się do niej- gdy jest brzydka, zalecać się do innej.


Jedynym grzechem jest głupota.


Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej.


Jeśli chcesz wiedzieć co ma na myśli kobieta, nie słuchaj tego, co mówi- patrz na nią.

Aforyzmy





Aforyzm jest ostatnim ogniwem długiego łańcucha myśli.


Radość podróżowania wynika stąd, że to co nas interesuje, ciągle się zmienia.


Im większe szczęście, tym mniej należy mu ufać.


Mężczyzn namiętność bardzo często oślepia, każąc widzieć w kochance zalety, których nie ma.


Co nie jest pożyteczne dla roju, nie może być tak samo pożyteczne dla pszczoły.


Bliski jest czas, kiedy zapomnisz o wszystkim; bliski jest czas, gdy wszyscy zapomną o tobie.


Życie mężczyzny ufarbowane jest na kolor jego wyobraźni.


Żyjemy nie tak jak byśmy chcieli, lecz tak jak możemy.


Jakże uroczą jest istotą człowiek, jeżeli jest człowiekiem.


Małżeństwo jest złem, ale jest to zło konieczne.


Nie chwal nigdy siebie.


Kto ludzi miłuje, sam zaś nie jest miłowany, niech zbada swój do ludzi stosunek.


Widzę i pochwalam lepsze, lecz wybieram gorsze.


Miłość sycić trzeba słodkimi słowami.


Co źle znosisz, będziesz dobrze znosił: przywyknij tylko.


Kobiety lubią jak się je prosi.


Miłość to rodzaj służby wojskowej.


Łagodny pokuj przystoi ludziom, gniewne szczekanie zwierzętom.


Troska znika i rozpuszcza się w winie.


Każdy myśli tylko o własnej przyjemności.


Kobieta jest kwiatem, który tylko w cieniu mężczyzny może rosnąć i pachnieć.


Nie kocha szczerze żadnej, kto więcej jak jedną kobietę kocha.


Nic nie dzieje się przypadkowo, zawsze jest jakaś przyczyna i konieczność.


Puste beczki i głupcy robią dużo hałasu.


Nie ma groźniejszego potwora od człowieka.


Gdy głupi milczy, za mądrego poczytany bywa.


Nie było wielkiego geniuszu bez domieszki szaleństwa.

Stańczycy- Jacek Bartyzel

1. W 1869 r. na łamach założonego trzy lata wcześniej miesięcznika 'Przegląd Polski' zaczęły się ukazywać satyryczne listy, składające się na cykl zatytułowany 'Teka Stańczyka'. Listy te były stylizowane na modłę korespondencji antycznej, a ich rzekomi autorzy i adresaci nosili zabawne, często (co typowe w gatunku satyrycznym) tzw. mówiące imiona i przydomki: Brutusik, Sycyniusz - trybun ludowy, Liberiusz Bankrutowicz - kandydat do parlamentu, Sprycimir - dziennikarz, Trwóżnicki - urzędnik bankowy, czy Aldona - kobieta polityczna. Naprawdę za tymi pseudonimami ukrywali się (niezbyt zresztą szczelnie) młodzi publicyści konserwatywni: Stanisław Koźmian, Stanisław hr. Tarnowski i Józef Szujski. Równie łatwe były do rozszyfrowania miejsca akcji: Tygrysów to Lwów, Kraków - Gawronów, Chaopolis - Wiedeń, zaś Głuposiówka nad Szujówką tłumaczyła się sama.

Cel tego 'skandalicznego' przedsięwzięcia był jeden: wyrwać polskie społeczeństwo ze stanu somnambulicznego zaczadzenia bezrozumnym, martyrologicznym patriotyzmem, skompromitować szaleńców i demagogów głoszących nadal - mimo straszliwej klęski, dopiero co poniesionej - ideę 'nieprzerwalności powstania', ośmieszyć tzw. tromtadrację, polegającą na nieustannym i jałowym celebrowaniu rocznic i obchodów narodowych - przeciwstawiając temu wszystkiemu ideę patriotyzmu rozumnego i odpowiedzialnego; patriotyzmu politycznego, skierowanego ku osiąganiu konkretnych celów w realnie istniejących warunkach, a (szczególnie) dla ocalenia bytu narodowego.

Niestety, opinia dostrzegła w 'Tece...' upostaciowanej wymownym symbolem mądrego błazna Zygmunta Starego, tylko szyderstwo ze świętości i rozdrapywanie niezagojonych jeszcze ran; nawet starsi, bardzo pryncypialni i solenni konserwatyści, jak Paweł Popiel, byli oburzeni nie tyle treścią i przesłaniem, co tonem ironicznym i satyrycznym.

Zauważmy: od dwóch stuleci rozmaici 'lewomyślni' wmawiają nam, że są awangardą intelektualnej odwagi, że to oni rozkruszają w pył mur zadowolonego z siebie głupstwa, wzniesiony i okopany przez 'dobrze-myślących'. Niekłamana historia dowodzi jednak - i to od dwóch tysiącleci z okładem - czegoś całkiem przeciwnego: to reakcjoniści - Sokrates, św. Augustyn, Burke, Norwid, Stańczycy właśnie, głoszą myśli naprawdę śmiałe i 'nowe' (choć w innej, transhistorycznej perspektywie, 'stare'), za które poczciwi postępowi durnie, od ateńskiego demosu począwszy, ostracyzmują ich i wyklinają.

2. Konserwatyści krakowscy, zarówno starszego pokolenia, wydający od 1848 r. 'Czas', jak i przyszli Stańczycy, wykazywali rezerwę, a w końcu i wrogość do ostrożnej polityki margrabiego Wielopolskiego; dlatego, chociaż wybuch powstania w styczniu 1863 r. zaskoczył ich, po krótkich wahaniach poparli je, i już 13 lutego 'Czas' uznał Powstanie za narodowe. Bez przesady można powiedzieć, że to właśnie 'Czas' swoją sugestywną publicystyką i konfabulowanymi 'reportażami' z pól bitewnych stworzył legendę o spontanicznym i masowym zrywie; bez tego i bez poparcia 'Białych' powstańcza ruchawka wypaliłaby się niemal niezauważalnie po paru tygodniach. Słony przyjdzie im zapłacić rachunek za ten niewątpliwy błąd polityczny, ale też jednego zarzucić im niepodobna: że przynajmniej w tym razie, kiedy po latach bili się za ów błąd w piersi, bezzasadne były słowa Stańczyka z 'Wesela': 'Acan spowiedź czynisz z cudzych grzechów'.

Swój akces do Powstania konserwatyści uzasadniali, jak wiadomo, widokami na umiędzynarodowienie sprawy polskiej przez Francję, Anglię i Austrię; rachowali na przerodzenie się lada dzień interwencji dyplomatycznej w zbrojną. Zwłaszcza młodzi adepci Hotelu Lambert - Tarnowski, Koźmian, Wodzicki - uwierzyli we frazesy i półsłówka Napoleona III, w jego sławetne 'durez!' i zaangażowali się całą parą w powstanie, kierując jego agendami w Galicji. Wszyscy też ponieśli tego kroku konsekwencje, zwłaszcza Tarnowski, który stracił w potyczce brata, a sam spędził w austriackim więzieniu ponad 1,5 roku.

Zapewne jednak nie tylko rachuby na obcą interwencję kierowały konserwatystami, gdy ulegali tyleż własnym złudzeniom, co szantażowi moralnemu ze strony 'czerwieńców'; również i to tragiczne, rycerskim imponderabiliom, które wyraził człowiek tak trzeźwy, jak Paweł Popiel, słowami: 'gdy krew się leje, choćby bezużytecznie, gdy jedni poświęcają się w szale i giną, czy wolno obwinąć się w płaszcz roztropności i patrzeć bez udziału? Dlatego i Popiel, który pierwszy, i to najbezwzględniej, potępił powstanie, a dla jego przywódców żądał ostracyzmu w polskim życiu narodowym, też w pierwszym odruchu posłał swoich synów do lasu.

3. Wnioskiem, jaki Stańczycy wyciągnęli z katastrofy Powstania Styczniowego i stanięcia wobec groźby już nie tylko niemożności odbudowania państwa, ale wręcz utraty tożsamości narodowej, był postulat zawarcia ugody z monarchią austriacką. Przemawiały za takim rozwiązaniem co najmniej trzy okoliczności.

Po pierwsze, ugoda taka - ugoda, a więc obustronnie korzystny kompromis, a nie kapitulacja z narodowo-państwowych aspiracji - była, w przeciwieństwie do pozostałych zaborów, zwłaszcza rosyjskiego, możliwa. Po serii porażek zewnętrznych (utrata prowincji włoskich, klęska pod Sadową) Austria przeżywała poważny kryzys, a wielonarodowościowa struktura cesarstwa Habsburgów uniemożliwiała rządowi wiedeńskiemu prowadzenie polityki germanizacyjnej, czy choćby represyjnej; przeciwnie - rząd wycofał się z niej na całej linii, a otwarte pozostawało jedynie pytanie, w jaki sposób zostanie przebudowane państwo i ile na tym skorzystają galicyjscy Polacy. I chociaż nie udało się ostatecznie przeforsować rozwiązania w ówczesnych warunkach optymalnego, tj. federalistycznego, a Galicja uzyskała jedynie autonomię w ramach austriackiego członu dualistycznej (Austro-Węgry) monarchii, to jednak, tak czy inaczej Polacy w tym zaborze zyskali możność normalnego narodowego życia, rozwijania kultury umysłowej, artystycznej i politycznej. Przez następne pół wieku Galicja była po prostu aparatem tlenowym dla polskości, która dzięki temu zasileniu mogła przetrwać i w pozostałych zaborach, gdzie coraz bardziej brakowało tchu.

Po drugie, Austria była jedynym spośród opresorów Polski państwem katolickim, a przez to niewątpliwie należącym do cywilizacji zachodniej (łacińskiej). Stawka na katolicką monarchię Habsburgów dawała więc pozbawionemu własnej państwowości narodowi polskiemu szansę wytrwania przy tej cywilizacji i przetrzymania brutalnego naporu turańskiej moskiewszczyzny i pruskiego bizantynizmu.

Po trzecie, Austria przekształcając swój ustrój nie tylko dawała Polakom możność autonomicznego samorządzenia się w Galicji, ale również ich uczestnictwa w życiu ogólnopaństwowym - czego, zwłaszcza ze względu na permanentną opozycję Czechów, a także części 'wielkoniemiecko' nastawionych Austriaków, wręcz potrzebowała. Tym samym, Polacy zyskiwali szansę posiadania niejako 'państwa zastępczego', mogli nie odwyknąć bez reszty od umiejętności rządzenia, wyłaniać z siebie elitę, która współrządząc państwem obcym zyskiwała przygotowanie do rządzenia państwem własnym, gdy tylko nadarzy się sposobność jego odbudowania. Nie zapominajmy poza tym, że konserwatyści galicyjscy kładli nacisk na oblig lojalności wobec monarchy - cesarza Austrii, który był również tytularnym królem Galicji i Lodomerii, a nie wobec austriackiego państwa czy rządu. Taki był również sens słynnego, a niesłusznie podawanego za przykład oportunizmu, adresu Sejmu Galicyjskiego z 1866 r. ('... przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy...'); taka personifikacja lojalności pozwalała uniknąć identyfikowania się z obcą, państwowością tam, gdzie interes cudzy kolidowałby z własnym interesem narodowym.

4. Koncepcje polityczne Stańczyków wyrastały nie tylko z choćby najwnikliwszych analiz aktualnego położenia sprawy polskiej, ale zakorzenione były w głębokiej wiedzy historycznej i refleksji historiozoficznej. Kluczowym dla rozpoznania Stańczykowskiego stylu myślenia tekstem jest pochodzący z 1877 r. esej Józefa Szujskiego 'O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki'. Szujski, który najmocniej w tym gronie akcentował swój ideowy i historiozoficzny monarchizm, przedstawił interpretację dziejów ojczystych dezawuującą, pseudonaukowe - a tak panujące nad umysłami współczesnych - baśniopisarstwo Lelewela, a mówiąc dokładnie jego teorię wrodzonego jakoby Słowianom 'gminowładztwa', i z tego punktu widzenia apoteozującą także ustrój 'demokracji szlacheckiej'. Szujski przeciwnie: wykazywał normalne, tj. monarchiczne predylekcje narodu polskiego i dowodził, że za panowania Piastów, a potem pierwszych Jagiellonów, budowano solidnie państwo oparte na zdrowej harmonii pomiędzy pierwiastkiem władzy (autorytetu) a pierwiastkiem samorządu i wolności; dopiero począwszy od konstytucji 'Nihil novi' (1505 r.), a zwłaszcza od wprowadzenia 'zgubnej formy', jaką była elekcja tzw. wolna, tj. powszechna i nie ograniczona prawem dynastycznym, nastąpiło poszarpanie tej harmonii. Jednostronny rozwój w kierunku wolności paraliżował wysiłki władzy starającej się zachować i wzmocnić państwo, rozprzestrzeniała się coraz bardziej anarchia, a niweczona była więź pomiędzy władzą a narodem; w końcu, za Sasów, uległa ona całkowitemu zniszczeniu. To właśnie zatem: zlekceważenie autorytetu, władzy i prawa, jest naszą 'winą własną', nie dozwalającą usprawiedliwiać upadku państwa jedynie 'obcą przemocą'.

5. W 1879 r. drugą, po Szujskim, konserwatywną syntezę dziejów Polski dał młodszy 'kuzyn' Stańczyków, Michał Bobrzyński, który zresztą dzięki swej długowieczności oraz talentom politycznym stał się rychło liderem obozu zachowawczego na kilka dziesięcioleci. Z kolei to pierwsze, a chyba i najważniejsze dzieło niespełna 30-letniego profesora Wszechnicy Jagiellońskiej pozostało najsłynniejszym manifestem tzw. krakowskiej szkoły historycznej i wiązanego z tą szkołą pojęcia 'pesymizmu' historycznego w ocenie przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Bobrzyńskiego 'Dzieje Polski w zarysie' miały oczywiście wiele punktów wspólnych z równie 'pesymistycznymi' pracami Szujskiego czy księdza Kalinki, ale były też w nich akcenty wyraźnie odmienne. Przede wszystkim, brak tu było charakterystycznych dla starszych Stańczyków ujęć metafizyczno-religijnych. Bobrzyński nie rozprawiał o błędach i winach w kategoriach moralnych, czy o sprzeniewierzeniu się przez naród nakazom Opatrzności; analizował i piętnował wyłącznie błędy polityczne. Co więcej, posunął się nawet do wyrażenia czegoś na kształt żalu, że władcy polscy (a konkretnie ten, który miał ku temu sposobność i powody, tj. Zygmunt August) nie zdecydowali się na utworzenie Kościoła Narodowego i - jak mniemał - wzmocnienie tą drogą państwa, na podobieństwo decyzji Henryka VIII Angielskiego. Również, zamiast Szujskiego pojęcia 'harmonii' między władzą a narodem, wprowadził Bobrzyński kategorię 'równowagi', bardziej socjologiczną, niż solidarystyczno-duchową, związaną z interesami warstw i grup. Była mu też w zasadzie obojętna forma rządu - monarchiczna czy republikańska, absolutystyczna czy parlamentarna etc. byle by 'rząd' (tu: właściwie administracja) był silny i sprawny. Wreszcie, Bobrzyński ujemnie oceniał ekspansję Polski na wschód, uważając, że wyczerpała ona i rozproszyła na zbyt dużych przestrzeniach energię narodu, a to przekonanie uderzało w ideę, do której starsi Stańczycy, zwłaszcza Tarnowski i Szujski, byli bardzo przywiązani - polskiej misji szerzenia katolicyzmu i latyńskości na Wschodzie.

Dzieło Bobrzyńskiego spotkało się z ostrzejszą bodaj, niż od ideowych przeciwników, choć (jak przystało konserwatystom) elegancką w formie, krytyką we własnym obozie. Oczywiste, że najcięższy zarzut dotyczył relatywizowania religii katolickiej. Mentor Stańczyków jeszcze z okresu ich terminowania w emigracyjnych 'Wiadomościach Polskich', ks. Walerian Kalinka napisał, nie bez racji, że Kościół jest dla Bobrzyńskiego instytucją li tylko polityczną i o tyle dobrą, o ile służy państwu i przyczynia się do 'wzmożenia siły rządowej'. W zarzucie tym było więc domniemanie odrzucenia przez Bobrzyńskiego opatrznościowej roli Boga w historii i sprowadzenia go do 'formy stylistycznej', poręcznej w krzepkiej dłoni Hobbesowskiego Lewiatana. Podobne argumenty wysuwał Szujski, który zwracał uwagę na uleganie przez Bobrzyńskiego metodologii pozytywistycznej i mentalności liberalnej. Ta kontrowersja powinna nam uprzytomnić okoliczność ważną, a często - z powodu nadużywania w związku z konserwatyzmem pojęcia 'realizm' - zapoznawaną; tą mianowicie, iż mimo krytyki wynaturzeń tzw. romantyzmu politycznego, polski konserwatyzm był w swojej osnowie filozoficznej, a zwłaszcza w filozofii dziejów, głęboko zakorzeniony w romantyzmie. Oczywiście w jego katolicko-tradycjonalistycznej wersji, w Polsce reprezentowanej przede wszystkim przez Krasińskiego i Cieszkowskiego, a sięgającej myśli św. Augustyna. Skądinąd, zbliża to akurat polski konserwatyzm XIX stulecia do jego francuskich (Chateaubriand, de Maistre) czy niemieckich (A.H. Müller, J. Görres) odpowiedników. Na tym tle dopiero właśnie Bobrzyński wydaje się pierwszym polskim odpowiednikiem konserwatyzmu 'realistycznego' czy 'pozytywistycznego' w guście Taine'a, czy anglosaskich 'imperialistów' (choć chyba przesadą byłoby powiedzieć, że tych ulegających 'socjaldarwinizmowi'; dla równowagi przypomnijmy, że pomimo agnostycznej metodologii dziejów Bobrzyński był bez wątpienia szczerze, a wedle wielu świadectw wręcz 'naiwnie' wierzącym katolikiem).

6. Cywilizacyjny okcydentalizm Stańczyków nie był wyłącznie kanonem ich światopoglądu, ale posiadał swoje konkretne 'przełożenie' polityczne w postaci ich antyrosyjskości. Stańczycy uważali Rosję za wroga nr 1 Polski, z powodów zarówno politycznych, kulturowych, jak religijnych (a zatem, dodajmy, ich poglądy były, w pewnym sensie, idealnie symetryczne do przekonań Katkowa, Dostojewskiego czy innych słowianofili rosyjsko-prawosławnych, dla których Polska z kolei była 'zdrajczynią' sprawy słowiańskiej i forpocztą 'jezuityzmu'). Rosja, dla Szujskiego czy Tarnowskiego, to nie tylko zaborca lwiej części ziem Rzeczypospolitej, ale również prawosławna schizma, autokratyczny (a nie autorytarny) bizantynizm, wreszcie niewolnicze, azjatyckie 'kacapstwo'. Wrogość do Rosji była tedy jedną z ważnych przesłanek stańczykowskiej orientacji na Austrię, która - także zagrożona, zwłaszcza na obszarze ziem Korony św. Wacława i na Bałkanach, przez panslawizm - może i powinna mieć interes we współdziałaniu z polskim społeczeństwem.

W pierwszych latach popowstaniowych to stanowisko Stańczyków przybierało nawet postać (ostrożnych) kalkulacji na współdziałanie ofensywne, czy wręcz wojnę Austrii, popieranej przez Francję, z Rosją, która mogłaby zaowocować odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Nadzieje te jednak rozwiewały się stopniowo, począwszy od klęski Francji w wojnie z Prusami, a ostatecznie pogrzebane zostały w 1878 r., kiedy to na Kongresie Berlińskim kanclerzowi Niemiec Bismarckowi udało się wskrzesić sojusz trzech cesarzy. Tym samym sprawa polska przestała na pół wieku istnieć jako zagadnienie polityki europejskiej. Stańczycy zrozumieli tę gorzką lekcję historii, a ponieważ wtedy byli już bez wątpienia ową 'warstwą przodkującą' w narodzie, o której rozprawiali niedawno, im właśnie przypadł ciężki obowiązek podjęcia w imieniu narodu decyzji. Stanisław Koźmian w 'Czasie' ogłosił abdykację z prowadzenia, na bliżej nieokreślony czas, ponadzaborowej polityki czynnej, a na miejsce tegoż proklamował zadanie dla społeczeństw każdego z zaborów osobno: starania się, odpowiednio do warunków, o zachowanie tożsamości narodowej, kulturalnej i religijnej. To właśnie nazwano rychło 'trójlojalizmem'.

Wbrew jednak obiegowym, a skrajnie uproszczonym opiniom koncepcja trójlojalizmu (zwłaszcza jeśli rozumieć ją na sposób czynny i uprzedzająco-deklaratywny) nie była akceptowana do końca nawet w najściślejszym gronie Stańczyków. Otwarcie dystansował się od niej Szujski, który w liście otwartym do Leona Bilińskiego (1882 r.) oświadczał, iż nie pojmuje możliwości kompromisu z trzema rządami na raz, nawet gdyby to było pożądane, i zaznaczał, że walka z Rosją pozostaje naszym zadaniem dziejowym, wręcz nakazem Opatrzności. Również Tarnowski, który acz godził się z samą myślą o pracy 'każdego u siebie i każdego dla siebie', wyrażał powątpiewanie w realność ugody z Rosją, w każdym razie takiej, która nie oznaczałaby równoczesnego odstępstwa od katolicyzmu. Zaznaczał wprawdzie, że niemoralne byłoby potępiać z bezpiecznej, cieszącej się swobodami narodowymi Galicji, rozpaczliwe wysiłki ludzi, którzy szukając (w Kongresówce czy na ziemiach zabużańskich) możliwości przetrwania chwytaliby się, jak tonący brzytwy, pomysłu ugody z rządem, ale formułował zarazem bardzo ważny warunek praktyczny (i, jak się wydaje, pożyteczny uniwersalnie): słabszy i zwyciężony może uczynić pierwszy krok ku ugodzie, ale dopiero wtedy, kiedy zwycięzca ustanie w zapędzie i nie wie dokąd pójść dalej. Dopóki zaś zwycięzca jest upojony swoim triumfem, ręka wyciągnięta doń do zgody zostanie na pewno i z urąganiem odtrącona.

7. Świat, w którym żyli Stańczycy zawierał w sobie wciąż jeszcze pewne składniki tradycyjnego, organicznego społeczeństwa, ale już wówczas, nawet w 'zacofanej' (z punktu widzenia postępowców) Galicji, kruszały one w zastraszający sposób, a to za sprawą nowożytnych ideologii, takich jak materializm, liberalizm, pozytywizm, wreszcie socjalizm. Stańczycy, którzy jak wszyscy konserwatyści umiarkowani, raczej w stylu Burke'a czy Montalemberta, niż Bonalda czy Veuillota (oskarżano ich wszakże, z prawa, o 'moderantyzm'), wcale nie byli restauracjonistami umarłych form i godzili się nawet z rozsądnie pojętą demokratyzacją; nie mogli jednak akceptować ani treści tych fałszywych ideologii, ani ich konsekwencji, które były ruiną moralnego i społecznego porządku. Stąd też rzucający się w oczy z ich pism o treści ogólnej jest wciąż wzrastający pesymizm. Nie polegał on jednak na bezpłodnym zgorzknieniu ('śledziennictwie' jak mawiano w ówczesnej polszczyźnie), ale na przenikliwym postrzeganiu fatalnych skutków wcielania w życie mamiących swoją pozorną dobrocią, abstrakcyjnych doktryn. Tak na przykład Koźmian zauważył już wówczas i wnikliwie opisał fenomen, którego najbardziej zwyrodniałe postaci obserwujemy i doświadczamy dzisiaj, tzn. perwersyjne przekształcenie koncepcji sprawiedliwości i prawa karnego, zastąpienie koncepcji kary jako sprawiedliwej, adekwatnej do czynu odpłaty, teorią kary jako środka naprawczego. Prowadzi to w konsekwencji do bezkarności zbrodniarza, który niepostrzeżenie zaczyna także wzbudzać - jako rzekoma ofiara systemu społecznego - większą od jego ofiary sympatię opinii publicznej. Koźmian atoli nie tylko opisał to zjawisko, ale odkrył źródło owej prawniczej perwersji - w osłabieniu religijności. Ludzkość otumaniona naturalistycznym humanizmem, zastępująca w życiu społecznym i publicznym religię Boga religią człowieka, traci poczucie pewności co do swojej (jako 'zhumanizowanego' państwa) prawomocności jako sędzia występków. Ale ta humanitarna czułostkowość obróci się przeciwko samej sobie i w końcu, zamiast większej łagodności będzie prawdziwe zezwierzęcenie.

8. Demokratyzacja społeczna, a następnie demokratyzacja ordynacji wyborczej, zachwiała pozycją Stańczyków w życiu politycznym Galicji. Pojawienie się agresywnych ruchów lewicowych - socjalistycznego i ludowego, jak również nowocześniejszego konkurenta na prawicy w postaci Narodowej Demokracji, nakazywało szukać sposobów dostosowania się do nowej rzeczywistości. Możliwe to było na dwa sposoby: wejście w porozumienie z jednym z konkurentów, tak, aby rozbić wspólny front antyzachowawczy, oraz unowocześnienie własnej organizacji i poszerzenie bazy społecznej dla uprawiania polityki przez elitę. Stańczycy próbowali jednego i drugiego, ale trzeba powiedzieć, że na obu odcinkach ponieśli ostatecznie klęskę. Usiłowali rozbić ruch ludowy przez zawarcie porozumienia z jednym z jego odłamów, ale uczynili to wyjątkowo niefortunnie wybierając sobie za partnera akurat jego gorszą (i ideowo, i moralnie) część, jak również - co tu ukrywać w sposób nie przynoszący im samym chluby, bo metodą korupcji, Efekt był taki, że utracili bezwarunkowe potąd poparcie Kościoła, a na innym tle (tu akurat mieli rację, bo w ostatnim momencie, kiedy możliwe było zawarcie ugody z Rusinami) drugiego odłamu konserwatystów, czyli tzw. podolaków, którzy weszli w sojusz z endecją. Gdy idzie o drugi ze sposobów, to młodzi, tzw. neostańczycy (W.L. Jaworski, bracia Górscy, Beaupre, Starzewski i in.) poczynili pewne kroki w postaci utworzenia w 1896 r. Klubu Konserwatywnego, zaś w 1907 r. powołali wreszcie formalną partię pod nazwą Stronnictwo Prawicy Narodowej, ale zamysł uczynienia z niej 'partii porządku' i wszystkich sił naturalnie zachowawczych, tj. dużej i małej własności (ziemiaństwa, mieszczaństwa i chłopów), nie powiódł się na całej linii. Stronnictwo do końca swoich dni pozostało w gruncie rzeczy elitarnym klubem politycznym publicystów, profesorów i arystokratów. Dziś, kiedy konserwatywną kontrrewolucję trzeba i tak zaczynać na zupełnie innym gruncie, niż na płaszczyźnie obrony stanu posiadania (bo bronić, jak wiadomo, nie ma czego w tym sensie), wydaje się ta porażka naszych antenatów pozbawiona praktycznego znaczenia. A jednak warto to sobie zapamiętać; że nie mieliśmy polskiego toryzmu w tym rozumieniu, jakie nadali mu brytyjscy rówieśnicy Stańczyków: Peel, Disraeli, Joe Chamberlain, to znaczy wszechstanowej 'partii jednego narodu' (one nation). Dlatego nie mamy dzisiaj nawet choćby i tego skarlałego, zdemokratyzowanego i selektywnego konserwatyzmu Majorów. A przecież warto byłoby móc zaczynać od czegoś konkretnego.



Tekst pochodzi z pisma narodowo-konserwatywnego 'Rojalista' nr 1 (21) / 1997